Ujawnienie przez ?Dziennik” tożsamości Kataryny stało się przyczynkiem do przynudnawej dyskusji na temat granic wolności wypowiedzi, wolności prasy, praw dziennikarzy i itd., które przeciętnego zjadacza chleba interesują mniej więcej tyle, co zeszłoroczny śnieg. Przez media przytoczyła się fala krytyki wymierzonej albo w blogerów, którzy bez „dziennikarzy klasycznych” nic nie mogą albo w „dziennikarzy klasycznych” którzy boją się blogerów, użytkowników forów internetowych, którzy za nic mają wszystko i wszystkich a i wszyscy i wszytko ma ich za niewiele i wreszcie w poziom dyskusji prowadzonych w internecie. Słowem mieliśmy kilka dni jeżdżenia na koniku, który nazywa się polskie społeczeństwo.

Najbardziej przeraziły mnie lamenty nad poziomem komentarzy w serwisach internetowych. Przeraziły dlatego, że skoro komentatorzy naszego życia społecznego, których w różnych konfiguracjach, ale zawsze złożonych z elementów zbioru dawno zamkniętego, można posłuchać, pooglądać i poczytać od rana do wieczora w mainstreamowych mediach, zauważyli ?problem”, to znaczy że ktoś – na pewno oni – czyta te komentarze (jeżeli także dziennikarze mediów publicznych, to mam nadzieję, że nie w godzinach pracy).

Skoro jest problem, to trzeba go rozwiązać. Nadarza się ku temu idealna okazja. Parlament europejski podejmie prace nad pakietem dyrektyw telekomunikacyjnych tuż po wyborach, więc może należy rozwinąć wątek „pakietowania internetu”. Może warto przebadać polskie społeczeństwo pod kątem skłonności do wypisywania debilizmów, a tym o skłonnościach najsilniejszych odebrać prawo do korzystania z forów internetowych. To na pewno poskutkuje. Albo prościej, jeżeli twoja wypowiedź nie stanowi zdania wielokrotnie złożonego w szczegółach odnoszącego się do treści komentowanego artykułu i do tego nie otwiera nowych pól dyskusji – ban, ban na wszystkie fora, blogi, serwisy. Nie umiesz się bawić, spadaj!

Oczywiście trzeba powiedzieć, że permanentne obrażanie, wyszydzanie, wykpiwanie bez powodu, bezpodstawne oskarżanie i szykanowanie narusza czyjeś dobra osobiste. I co z tego, że narusza, czy to jest problem dla tzw. społeczeństwa? Czy to jest problem, stanowiący jakąkolwiek przesłankę do dyskusji nad granicami wolności słowa, nad kondycją polskiego internetu, nad stanem naszego tzw. społeczeństwa? W mojej subiektywnej i bezkrytycznej opinii granicę wolności słowa dla osoby wypisującej bzdury, stawia prawo – wymiar sprawiedliwości uruchomiony przez osobę, której dobra naruszono. Jak się ktoś lubi procesować, to niech pozywa każdego gimnazjalistę, że wypisuje, że jest z metra cięty, że kartofel albo że lubi wypić za dużo i w dziwnym towarzystwie. Albo niech zażąda od serwisu uniemożliwienia dostępu do bezprawnego – bo naruszającego dobra osobiste komentarza, tylko niech ta bezprawność będzie uwiarygodniona, a jak nie, to do sądu z serwisem. Chyba, że zamieszczenie danych treści stanowi przestępstwo – wtedy niech problemem zajmują się organa ścigania. Jak się komuś wydaje, że jego prawa zostały naruszone przez osobę anonimową, to niech na drodze postępowania sądowego zażąda od państwa ustalenia tożsamości i do sądu. A jak się ktoś czuje tylko urażony, pomówiony pokrzywdzony i tylko się czuje, to żadne granice wolności słowa naruszone nie zostały, bo ten rzekomo pomówiony sam je właśnie przesunął. Jak nie chcę, żeby mój pies szczekał, to mu na pysk zakładam kaganiec, bo mam takie prawo, a jak mu kagańca nie nałożę, to nie mogę mieć pretensji, że szczeka.

A co do pani Kataryny, to ja mam taki jakiś dziwny zwyczaj, że jak coś piszę to się podpisuję.

Marcin Błaszyk